Czy życie właśnie dopisuje ciąg dalszy?

Gdzieś pod koniec mojej autobiografii napisałem, że

Marzyłem też o własnej działce rekreacyjnej na której bez skrępowania przebywać nago i na której mógłbym gościć swoich przyjaciół naturystów. Takiej działki nie udało mi się znaleźć, a jeśli takową znalazłem, to była ona już czyjąś własnością nie na sprzedaż.

Mam nadzieję, że nie pochwalę dnia przed zachodem Słońca, gdy napiszę, że być może powyższe marzenie się spełni jeszcze w tym lub najdalej w przyszłym roku. Jestem w trakcie zakupu działki rekreacyjnej w… no właśnie i to jest najlepsze – bezpośrednim sąsiedztwie istniejącej już plaży naturystycznej.

Dotychczasowy jej właściciel potrzebuje czasu by załatwić formalności z jej sprzedażą. Natomiast ja – potrzebuje czasu aby zebrać brakujące jeszcze 3 tys. zł na jej zakup. Niestety – tu rodzi się problem, gdyż mam bardzo małą zdolność kredytową. Bank ma jakieś trudności z udzieleniem mi nawet tak niewielkiego kredytu. A przecież zakup działki to dopiero początek. Absolutne minimum to trzeba ją jeszcze ogrodzić przed oczyma przypadkowych osób. Do wiosny mam czas na wybór ogrodzenia oraz zebrania niezbędnej kwoty na jego postawienie. Wiosną – musi ono być gotowe, aby móc swobodnie hasać po działce na golasa. Do tego czeka mnie jeszcze wymiana chwastów na murawę. O infrastrukturze typu altanka, szałas, grill itp. pomyślę zapewne w następnych latach. Na razie namiot i meble turystyczne będą musiały wystarczyć. Podobnie z prądem i bieżącą wodą. Ale… i tak już się cieszę z tego zakupu :)

* * *

Aktualizacja z dnia 23.11.2014.

Sprawa zakupu działki, choć się odwleka, to idzie w dobrym kierunku. Kredyt na jej zakup udało mi się załatwić niemal dwa miesiące temu. Pieniądze leżą bezpiecznie na przeznaczonym na ten cel koncie. Natomiast, 27 listopada razem ze sprzedającym spotykamy się u notariusza, celem dokonania czynności notarialnych związanych z zakupem działki. Po ich dokonaniu działka – przeznaczona na prywatną plażę naturystyczną stanie się moją własnością. Tym samym pierwszy etap zostanie zrealizowany.

Drugim etapem będzie jej zagospodarowanie. Działkę porasta wysoka trawa, chaszcze oraz chwasty. Oto link do filmu, przedstawiającego jej wygląd. Jak widać na filmie – trzeba włożyć wiele pracy i zapewne także pieniędzy, aby w ogóle można było myśleć o jakiejkolwiek rekreacji w tym miejscu. No cóż – do długiego majowego weekendu 2015 pozostało dokładnie 159 dni. Mam nadzieję, że do tego czasu coś wymyślę. Już teraz wiem, że będę musiał wypożyczyć kosę spalinową oraz kosiarkę. Alternatywnie – jej skoszenie oraz zebranie urobku przez firmę specjalizującą się w pracach ogrodniczych to koszt 450 zł. Natomiast, koszt założenia nowego trawnika przy założeniu że usuwamy starą darń, spulchniamy glebę, niwelujemy, używamy nasion traw gazonowych oraz wierzchnią warstwę wykonujemy na ziemi torfowej (nie mylić z torfem który stosuje większość firm) przy podanej powierzchni wynosi 7 zł/mkw.

Niestety – o ile na skoszenie działki jestem w stanie zebrać pieniądze, o tyle założenie trawnika przekroczy kwotę 4 tys. zł, co przekracza moje możliwości finansowe. Zwłaszcza, że po skoszeniu ważniejsze jest ogrodzenie działki.

No cóż – dobre chociaż i to. Byleby dało się tam bezpiecznie pogolasować z dala od podglądaczy i osób postronnych.

Autobiografia

Odkąd sięgam pamięcią pasjonowała mnie nagość. Kiedy miałem 7 lat – w sierpniu 1981 roku, spędzałem z rodzicami wakacje nad Wisłą w Kazimierzu Dolnym. Wtedy plaża była olbrzymim łachem piasku tak, że zajmowała ona kilkaset metrów wzdłuż i wszerz. Pewnego dnia w odległości 50 do 100 metrów od naszego grajdołka rozłożyła się kilkunastoosobowa grupa kobiet i mężczyzn. Nie byłoby w tym zapewne nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że wszyscy albo prawie wszyscy – po przeszło 30 latach nie pamiętam dokładnie, członkowie tej grupy byli całkiem nadzy.

Zapytałem się mojej Mamy dlaczego ci ludzie są goli? Odpowiedziała, bo tak lubią. Kontynuowałem dalej – czy możemy dołączyć do nich? Mama odpowiedziała, że nie, bo nie jesteśmy tak jak oni naturystami. Wtedy po raz pierwszy usłyszałem to słowo i jednocześnie dowiedziałem się, że ludzie opalający się na golasa to naturyści.

Dla siedmiolatka, któremu wpajano obowiązek zasłaniania swojej nagości, widok dorosłych ludzi w strojach Adama i Ewy był nowym, zaskakującym i pozytywnym zarazem doświadczeniem. Choć moi rodzice nie zgodzili się byśmy do nich dołączyli, widziałem ich w tym miejscu przez kolejne dni.

Wtedy jednak postanowiłem, że i ja chcę zostać naturystą.

Kilka dni później moi rodzice sami postanowili zasmakować naturyzmu. Wybrali miejsce z dala od innych plażowiczów tak, że w zasięgu wzroku nie było nikogo. Natomiast, grajdołek rozłożyli w sporej odległości od brzegu tak by z jednej strony nie stracić mnie z oczu – byłem siedmiolatkiem uwielbiającym spędzać czas w wodzie, a z drugiej… ale o tym niżej.

Gdy wyszedłem z wody moja Mama poleciła mi abym położył się na kocu i pilnował ubrań, bo ona z Tatą idzie się kąpać. Rodzice poprosili mnie przy tym abym pod żadnym pozorem nie patrzył w ich kierunku.

Zrobiłem tak jak prosili. Niemniej ciekawość jaka to tajemnica, żebym nie patrzył w ich stronę była silniejsza. Zerknąłem. Nad brzegiem Wisły stał odwrócony do mnie mój Tata oglądając się jednocześnie przez ramię w moim kierunku. Zapewne chciał się upewnić czy aby na pewno na nich nie patrzę. I wtedy zrozumiałem dlaczego rodzice mnie o to poprosili… Tata był całkiem nagi. Mamy nie widziałem, ale myślę, że ona też zdjęła z siebie strój kąpielowy. Po latach żałowałem, że nie zdjąłem wtedy z siebie kąpielówek i nie pobiegłem w ich kierunku. Jednak wtedy słusznie bałem się, że za to dostałbym klapsa.

Rodzice zapewne chcieli spróbować naturyzmu, ale nie mogli sobie na to pozwolić. Mój Tata był wtedy dyrektorem naczelnym jednego z zakładów pracy, a jego brat – rektorem wyższej uczelni. Zaś jego Mama, a moja Babcia była osobą bardzo religijną i konserwatywną zarazem. Zwykła ona o naturystach mawiać, że golasów nie trzeba siać tylko się z nich śmiać. Natomiast, ja sam będąc siedmioletnim chłopcem nie miałem wyrobionego poczucia co kiedy i komu mogę powiedzieć, Rodzice mieli uzasadnione więc obawy, że ich naturystyczna przygoda z mojego powodu nie zostanie naszą rodzinną tajemnicą.

*        *        *

Kilka tygodni później kolejnym przełomowym momentem w moim postanowieniu był artykuł w Kurierze Lubelskim zatytułowany Nudyści chcą mieć swoją plażę. Moja ukochana Babcia gdy byłem u niej czytała mi od czasu do czasu artykuły z lokalnych gazet. Proponowała ona tytuły i gdy je akceptowałem, czytała mi ich dalszą treść. Pewnego dnia wyczytała ten tytuł. Zapytałem się jej – Babciu co to są nudyści? Nadzwyczaj trafnie Babcia odpowiedziała mi, że są to osoby, które zbierają się w pokoju i siedzą razem nago. Trafność jej odpowiedzi polegała na tym, że rzeczywiście był to przykład nudyzmu, który w swym założeniu różni się od naturyzmu. Są to podobne, ale jednak różne koncepcje nagiego stylu życia. Babcia niechętnie, ale jednak uległa moim namowom i przeczytała mi jego treść. Była w nim mowa o tym, że przedstawiciele nudystów wystąpili do władz terenowych o wyznaczenie dla nich plaży w Kazimierzu Dolnym nad Wisłą. Dokładnie tam, gdzie kilka tygodni wcześniej byłem z rodzicami na wakacjach. To właśnie wtedy po raz pierwszy moja Babcia skwitowała – golasów nie trzeba siać tylko się z nich śmiać.
Dziennikarskie pomieszanie pojęć nastąpiło w tym tekście, no ale czego wymagać od redaktorów skoro sami zainteresowani ich nie rozróżniają i traktują je jako synonimy? Dla samych zainteresowanych naturyzm i nudyzm to dokładnie takie same jednoznaczniki jak przykładowo kartofel i ziemniak – dwa słowa opisujące to samo warzywo. Jednak, naturyzm i nudyzm to podobne ale jednak różne koncepcje. Naturyzm jest formą wypoczynku polegającą na przebywaniu nago w sytuacji gdy ubiór jest zbędny i przeszkadza, a więc przykładowo podczas plażowania oraz korzystania z basenów i saun. Natomiast, nudyzm – również jest formą wypoczynku, ale polegającą na przebywaniu nago dla samej przyjemności także w sytuacjach, gdy nagość nie jest konieczna, a nawet dla samej zasady jest wymuszona. Najczęściej spotykaną formą nudyzmu jest nagość we własnym domu, kiedy nudysta rozbiera się do naga dla samej przyjemności, a nie z konieczności np. biorąc prysznic. Innymi formami nudyzmu jest przykładowo dyskoteka na której wszyscy bawią się nago czy inne imprezy o podobnym charakterze takie jak przykładowo halowe zawody sportowe, których uczestnicy całkowicie pozbywają się ubrań.

Ruch nudystów w Polsce jak dotąd nigdy nie istniał. Nikt nigdy nie zorganizował jakiejkolwiek imprezy specjalnie dla nudystów, których uczestnicy są nago. Z tego typu imprezami spotkałem się jedynie w Czechach i to tylko na filmach dokumentujących imprezy nudystów. Ich realizacją zajmuje się czesko-amerykańskie małżeństwo – Vladka Pentkovska i Robert Koch, które do chwili obecnej – tj. maj 2014 roku, mają na swoim koncie przeszło 200 produkcji tematyce zarówno naturystycznej jak i nudystycznej.

*        *        *

Nudystą zostałem dość szybko. Gdy rodziców nie było w domu – jestem jedynakiem, zdejmowałem z siebie ubranie. Robiłem tak, ponieważ było to bardzo przyjemne doświadczenie. Ubierałem się dopiero wtedy, gdy spodziewałem się, że w niedługim czasie  rodzice wrócą do domu.

Od 1983 roku w Tygodniku Każdego Konsumenta VETO, każdego lata publikowana była rubryka dla naturystów pt. Kącik N. Dziwnym trafem gazeta ta pojawiała się w naszym domu tylko wtedy, gdy  publikowana była w niej seria artykułów dla naturystów. Pod nieobecność rodziców wyciągałem te gazety z półki, rozbierałem się do naga i zatapiałem się w ich lekturze, wyobrażając sobie jak upalne słońce opala moje nieubrane ciało.

Gdy miałem 10 lat, tuż po Bożym Narodzeniu 1984 roku podczas szkolnej przerwy świątecznej znów zostałem w domu sam. Sądząc, że rodzice pojawią się w domu jak zwykle dopiero po godz. 16:00 zdjąłem z siebie ubranie i zatopiłem się w lekturze świątecznego wydania lokalnej gazety. Wtem około godziny 11:00 usłyszałem zgrzyt klucza otwierającego zamek w drzwiach. Nie zdążyłem się ubrać, więc schowałem się pod choinkę, która była za kanapą. Na surowe pytanie mojego Ojca Co to ma znaczyć!? odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że… bawię się w naturystę.

Gdy Mama wróciła z pracy rodzice odbyli ze mną wychowawczą rozmowę na temat moich zabaw w naturystę. Oj, przyjemna ona nie była… .

Dwa, może trzy dni później – 30 grudnia 1984 roku Telewizja Polska wyemitowała film w reżyserii Antoniego Orwińskiego pt. Naturyści. Moja Mama skwitowała, że to film o mnie próbując skutecznie po raz kolejny mnie zawstydzić.  Może i o mnie – pomyślałem, ale kiedy przed północą rozpoczęła się jego emisja ja zostałem wygoniony do łóżka.  Rodzice nie pozwolili mi go obejrzeć. Niemniej udało mi się podejrzeć sporą jego część. Położyłem się na podłodze w przedpokoju tak, że widziałem telewizor, a nie widziałem rodziców a oni mnie. Gdy usłyszałem jak Tata wstał z sofy i postanowił sprawdzić czy śpię szybko uciekłem do łóżka. Końca filmu nie widziałem. Tata się zorientował, że ukradkiem go oglądałem i co chwilę sprawdzał czy znów nie odważyłem się zakraść do przedpokoju.

Żałuję, że nie było mi dane go obejrzeć. Film ten nigdy dotąd nie był ponownie emitowany w telewizji. Do dziś jest on białym krukiem dla naturystów, zwłaszcza tych pamiętających początki naturyzmu w latach 80-tych ub. stulecia. W 1984 roku magnetowidy należały do rzadkości. Posiadali je tylko nieliczni. Zaryzykuję twierdzenie, że były to pojedyncze osoby w skali kraju, dlatego nie znam nikogo, kto by ten film wtedy nagrał.

*        *        *

Lato 1985 roku, to okres, kiedy przebojem sezonu stała się piosenka Zbigniewa Wodeckiego Chałupy Welcome to. Do piosenki powstał teledysk, który był ilustrowany przebitkami z ujęć z plaży naturystów. Ujęcia przedstawiały nagich ludzi – zarówno kobiety jak i mężczyzn, w tym, że intymne części ciała widoczne były jedynie u kobiet. Wizerunki mężczyzn zostały tak przedstawione, że w całym teledysku widać było co najwyżej ich gołe pośladki.

Tego lata Telewizja Polska emitowała od poniedziałku do piątku popołudniowy program rozrywkowy zatytułowany Studio Lato. To w tym magazynie teledysk do tej piosenki miał swoją premierę i zapewne dlatego był emitowany niemal codziennie. Także w tym programie odbywały się kilkakrotnie rozmowy o naturystach i naturyzmie.

Pamiętam jak z niecierpliwością go wyczekiwałem. Gdy rodzice byli w domu nie robili problemów abym go oglądał. Dziś mogę tylko zgadywać dlaczego? Gdy rodziców w domu nie było – rozbierałem się do naga i cały program w oczekiwaniu na teledysk oglądałem bez skrawka odzieży na sobie.

*        *        *

Myślę, że to właśnie wtedy moi rodzice zauważyli, że moje zainteresowanie naturyzmem nie jest incydentalne. Tego samego lata zabrali mnie więc nad sztuczny zbiornik wodny – Zalew Zemborzycki znajdujący się nieopodal mojego rodzinnego miasta. W samochodzie Mama powiedziała mi, że jedziemy na plażę naturystów i będziemy opalać się nago razem z naturystami. Kiedy dojechaliśmy w to miejsce w okolicy Nagiej Wyspy na Zalewie Zemborzyckim koło Lublina, okazało się, że żadnych naturystów tego dnia tam nie było. Byli za to funkcjonariusze Milicji Obywatelskiej oraz pojedynczy tekstylni.  Naturyści zapewne zostali wcześniej przez „władzę obywatelską” albo spłoszeni, albo spacyfikowani mandatami. Pojechaliśmy więc na plażę tekstylną po drugiej stronie zbiornika wodnego. Nigdy więcej moi rodzice nie zaproponowali mi wspólnego wypadu na plażę naturystów.

Po latach zastanawiam się skąd u nich wziął się ten sprzeczny stosunek do nagości? Z jednej strony wpajano mi, że to coś niewłaściwego, a z drugiej – moi rodzice sami próbowali tego dnia wprowadzić mnie w naturyzm. Myślę, że oni szybko zorientowali się, że naturyzm mnie interesował tak jak ich. Tylko ja – jak się w późniejszych latach okazało, byłem i zarazem mogłem być  odważniejszy od nich. Oni zapewne mieli stracha gdyby o ich naturystycznych wyczynach dowiedzieli się pracownicy a tym bardziej przełożeni mojego Ojca oraz ewentualnie także jego Matka, a moja Babcia, która o golasach miała niepochlebną opinię.

Wreszcie myślę, że oni to źle rozegrali. Rodzice zdrowo mnie nastraszyli próbując rzucić mnie na głębokie wody naturyzmu, zwłaszcza, że dotąd nagość w domu była szczelnie skrywana wpajając mi przy tym, że jej okazywanie to coś wysoce niewłaściwego.

Po latach myślę sobie, że moi rodzice o zamiarze wspólnego rodzinnego nagiego opalania powinni byli najpierw mnie poinformować dając mi przy tym czas na oswojenie się z myślą, że niedługo pierwszy raz w życiu będę oglądał swoich rodziców nago, natomiast oni – od kilku lat mnie. W szczególności dlatego, że ja sam byłem już wtedy jedenastolatkiem w okresie dojrzewania.

Wreszcie – ten nasz rodzinny naturystyczny pierwszy raz – do którego nigdy dotąd nie doszło – mógł przecież odbyć się albo w miejscu ustronnym np. na leśnej łące z dala od ludzkich siedzib, albo nawet we własnym domu. Tak się jednak nie stało. Rodzice może i mieli chęć spróbowania naturyzmu, ale mieli przy tym niezłego pietra. Ostatecznie naturystami oni nigdy jednak nie zostali. Ja tak! Muszę przyznać, że szczerze z tego powodu jest mi przykro, zwłaszcza po tym co dane mi było zobaczyć kilka lat później na podwarszawskim Wale Miedzeszyńskim i przeszło 20 lat później w chorwackich ośrodkach dla naturystów. W obydwu tych miejscach pierwszy raz spotkałem się z naturyzmem rodzinnym, a w Chorwacji – także wielopokoleniowym. Ale o tym w dalszej części.

*        *        *

Rok później, mając już 12 lat sam pojechałem nad wspomniany wyżej Zalew i w upatrzonym miejscu – w innym niż tam gdzie byłem z rodzicami rok wcześniej częściowo spełniłem swoje marzenie. Rozebrałem się do naga i poopalałem się tam w samotności kilka godzin. Był to sporej wielkości dół z jakimiś bajorkiem i wodnymi porostami ukryty spośród pól uprawnych, niedaleko brzegu Zalewu Zemborzyckiego. Opalałem się w tym miejscu przez kolejne 3 lata przynajmniej raz w roku. Stało się tak, gdyż nie wiedziałem, że na Nagiej Wyspie jednak opalają się naturyści. A poza tym nie dochodziły tam wówczas żadne autobusy komunikacji miejskiej. Wprawdzie zbiornik można było obejść dookoła, ale ja wybrałem złą, bo znacznie  dłuższą drogę. Tak na oko odległość ta wynosi 7,5 km. Gdybym poszedł w drugą stronę, to wybrałbym drogę nie tylko krótszą liczącą ok 5 km, ale i zarazem bardziej przystępną dla pieszego. Na Nagą Wyspę dotarłem dłuższą drogą dopiero w 1990 roku, kiedy miałem już 16 lat. Dopiero na niej dowiedziałem się o istnieniu krótszej o 2,5 km trasy, którą wróciłem potem do domu.

*        *        *

Od niemowlęcia uwielbiałem pluskać się w wodzie. Jako czternastolatek postanowiłem więc zapisać się na pływalnię. Wybłagałem rodziców aby użyli wszelkich znajomości abym mógł chociaż raz w tygodniu sobie popływać w basenie. Udało się! Dzięki znajomościom dostałem karnet na kryty  basen przy Akademickim Ośrodku Sportowym w Lublinie.

Nie spodziewałem się wtedy jednak tego, że w przebieralni nagość jest powszechna. Zobaczyłem, że pod prysznicami niektórzy byli nago. Sam nie byłem na to gotowy, więc nie odważyłem się wtedy stanąć pod prysznicem na golasa. Ba! Co więcej – tego dnia kąpielówki ubrałem w domu przed pójściem na pływalnię nie zabierając ze sobą bielizny na zmianę, a tego wieczora panował na dworze około dziesięciostopniowy mróz!

Jednak widok golasów pod prysznicami tak zadziałał na moją wyobraźnię, że postanowiłem od tej pory również brać prysznic nago razem ze wszystkimi.

I tak się stało. Przez następne dwa lata uczęszczałem na basen tylko po to, aby zarówno przed jak i po zajęciach móc rozebrać się do naga.

Do dziś pamiętam jak tamtej soboty serce waliło mi jak młot gdy po raz pierwszy zdejmowałem z siebie kąpielówki w obecności kilkunastu innych osób i całkiem nagi stanąłem w kolejce pod prysznic. Dla czternastoletniego chłopaka zafascynowanego od lat naturyzmem i nudyzmem doświadczenie to musiało się skończyć… pełną, nieustępującą erekcją. Choć w naturyzmie jak i nudyzmie wzwód jest niedopuszczalny ja sam wtedy nie widziałem w tym nic złego. Teraz po latach sobie myślę, że biologia i tak by wygrała z zasadami, więc dobrze, że się wtedy tym nie przejmowałem. Gdyby jednak ta przytrafiła mi się teraz, to zapewne spaliłbym się ze wstydu.

Na mój błędny pogląd wpłynęły dwa fakty. Pierwszy – jako 7-letni chłopiec widziałem naturystów w Kazimierzu Dolnym, którzy mieli erekcję. Najpierw jako dziecko sądziłem, że tym różnią się mężczyźni od chłopców – męskie przyrodzenie jest uniesione do góry, a chłopięce – zwisa w dół. Natomiast, jako nastolatek – byłem przekonany, że erekcja u naturystów jest czymś normalnym i powszechnym. W końcu naturystów widziałem połowę życia temu, a ci których z daleka widziałem mieli zwiedzione penisy.

Drugim faktem w tamtych czasach był brak Internetu, a jedyne informacje o naturyzmie pochodziły z Tygodnika Każdego Konsumenta VETO. Artykuły z kącika dla naturystów były ilustrowane słabej jakości czarno-białymi zdjęciami kobiet i bardzo rzadko dzieci w wieku przedszkolnym bądź wczesnoszkolnym. Zdjęć mężczyzn naturystów było mało, a jeśli już, to przedstawiały Panów w taki sposób, że męskie narządy płciowe były na zdjęciach niewidoczne. Co więcej – pierwszy numer pisma dla naturystów Natura – Naturyzm  z 1989 roku ilustrowany był tylko i wyłącznie zdjęciami Pań. Dopiero po interwencjach czytelników periodyk ten zaczął być ilustrowany wizerunkami naturystów obydwu płci. Był to już 1990 rok.

Tak więc dlatego, gdy jesienią 1988 roku zacząłem rozbierać się na pływalni do naga nie widziałem niczego niewłaściwego w tym, że mam erekcję. Tak samo niczego niewłaściwego w tym nie widziałem gdy w czerwcu 1990 roku pojawiłem się na plaży naturystycznej i paradowałem po niej ze zwiedzionym penisem. Zresztą przypuszczam, że gdybym nawet wiedział, że  erekcja jest w tym miejscu niedopuszczalna, to i tak nic nie mógłbym na to poradzić. Biologia była silniejsza.

Na pływalnię – jak i na naturyzm, próbowałem bezskutecznie namówić swoich szkolnych kolegów. O naturyzmie nie chcieli oni słyszeć, ale na pływalnię po długich namowach zgodził się tylko jeden z nich. Niestety – wystraszył się jak zobaczył szatnię i prysznice pełne golasów i więcej już nie przyszedł. Ów kolega o imieniu Hubert zmarł w grudniu 2013 roku w wieku zaledwie 38 lat… .

Ktoś mógłby zapytać – dlaczego kolegów a nie koleżanki? Powody były dwa – w tamtych czasach młodzież nie łączyła się tak chętnie w pary jak obecnie. Przez cały okres szkoły podstawowej chłopcy trzymali ze sobą a dziewczyny ze sobą. Nie przypominam sobie, aby w czasie gdy chodziłem do podstawówki była jakaś para narzeczeńska. Przyjaźnie między chłopcami i dziewczynami – owszem były, ale o chodzeniu ze sobą w wieku 14-15 lat nie było mowy. Drugi powód – gdyby nawet, to na pływalni szatnie dla kobiet i mężczyzn były oddzielne.

*        *        *

Pewnego kwietniowego dnia 1990 roku wracając po lekcjach do domu, w oczekiwaniu na autobus oglądałem okładki gazet wyłożonych w witrynie kiosku Ruchu. Wtem ujrzałem w niej czasopismo formatu zeszytu szkolnego na którego okładce widniało zdjęcie nagiej, około 19-letniej dziewczyny na plaży, a nad nią tytuł Natura-Naturyzm – Kwartalnik Stowarzyszenia Naturystów Polskich. Był to drugi numer pierwszego polskiego czasopisma dla naturystów. Po jego zakupieniu czym prędzej wróciłem do domu i zatopiłem się w jego lekturze.

Szczególnie zainteresowały mnie informacje dotyczące Stowarzyszenia Naturystów Polskich. Miałem nadzieję, że to stowarzyszenie ma oddział w moim mieście. Wyczytałem, że  jego oddział w niejakim Lubinie. Lubin jest miastem na Dolnym Śląsku. Przez podobną pisownię i wymowę często jest mylone z moim macierzystym Lublinem.  Tak więc i ja wpadłem w tę słowno-literową pułapkę. Wyczytałem, że rzekomo w moim mieście istnieje oddział Stowarzyszenia Naturystów Polskich na ul. Armii Czerwonej. Rzeczywiście w tym czasie w Lublinie była ulica o takiej nazwie. Pojechałem tam więc jeszcze tego samego dnia z nadzieją, że czegoś się dowiem. Miałem nadzieję, że lubelscy naturyści gdzieś regularnie się spotykają i będę mógł do nich dołączyć. Dwie godziny szukałem numeru budynku podanego w gazecie. Nie było! Za to inne domy na tej ulicy były zwykłymi kamienicami pamiętającymi chyba czasy przedwojenne.

Wróciwszy do domu sprawdziłem jeszcze raz. Tym razem sprawdzając literka po literce zarówno w nazwie miasta jak i w nazwie ulicy oraz numerze domu. To co początkowo uznałem za literówkę zaczęło wyglądać na inne miasto. Samochodowa Mapa Polski rozwiała nie tylko moje wątpliwości, ale przede wszystkim resztkę nadziei. Lubin okazał się miastem na Dolnym Śląsku, oddalonym od mojego rodzinnego Lublina o ponad 500 km. W moim rodzinnym mieście Lublinie, Stowarzyszenia Naturystów Polskich nie było!

*        *        *

Mając 15 lat będąc w liceum zapisałem się do kółka marynistycznego. Podczas rejsu po Zalewie Zemborzyckim opłynęliśmy cały zbiornik. Popłynęliśmy na wyspę, która według informacji naszego nauczyciela miała być plażą naturystów, a jak się później dowiedziałem nosiła nazwę Naga Wyspa. Była to dokładnie ta sama wyspa na którą kilka lat wcześniej zabrali mnie rodzice, jednak obecność Milicji zmusiła ich do rezygnacji z tych zamiarów. Na wyspie nikogo wtedy nie było, niemniej postanowiłem to przy najbliższej okazji sprawdzić.

Wiedząc już gdzie jest to miejsce, niecały rok później – 16 czerwca 1990 roku, mając za sobą kilka godzin marszu dotarłem na upragnioną Nagą Wyspę na Zalewie Zemborzyckim. Tego dnia spełniło się moje dziewięcioletnie marzenie – Zostałem naturystą!

Naga Wyspa z drugiego brzegu

Naga Wyspa widziana z drugiego brzegu

Naga Wyspa od strony wejścia

Naga Wyspa od strony wejścia. Pod wodą są niewidoczne korzenie oraz pnie drzew

Gdy dotarłem na miejsce, z brzegu nie widziałem nikogo. Pozostało więc podjąć próbę przedostania się z brzegu na wyspę. Jak się okazało nie było to łatwe. Pod mętną wodą Zalewu Zemborzyckiego były i są do dzisiaj niewidoczne pnie i korzenie ściętych drzew. Drzewa te zostały wycięte podczas budowy Zalewu Zemborzyckiego w latach 1974-1975, ale pnie razem z korzeniami nie zostały wykarczowane, Zostały pod wodą tworząc niewidoczny tor przeszkód dla każdego, kto tą drogą próbuje dostać się na Nagą Wyspę.

Przez ten niewidoczny tor przeszkód przeprowadził mnie wieloletni bywalec Nagiej Wyspy. Gdy po ostrożnej, kilkunastominutowej przeprawie na odcinku około 50 metrów między niewidocznymi pniami i korzeniami drzew wszedłem na jej brzeg, od razu zobaczyłem około dziesięciu golasów. Niestety – sami mężczyźni w średnim i starszym wieku, ale niech tam! Znalazłem miejsce dla siebie, wyciągnąłem z plecaka ręcznik a schowałem do niego swoje ubranie. Szybko zostałem zaakceptowany przez lubelskich naturystów. Spędziłem tam niezapomniane cztery godziny. Gdy wróciłem pod wieczór do domu wszedłem do wanny. Z zadowoleniem oglądałem swoje zaczerwienione od słońca biodra. Byłem z siebie dumny i niesamowicie szczęśliwy zarazem.

Na Nagiej Wyspie pojawiłem się ponownie także następnego dnia.

*        *        *

Chodziłem na Nagą Wyspę każdej wiosny oraz lata przez kolejne 12 lat.  Dopiero jednak po dwóch latach udało mi się odprężyć i pozbyć erekcji. Gdy pewnego dnia pokonawszy podwodne przeszkody w postaci niewykarczowanych korzeni drzew znalazłem się na brzegu Nagiej Wyspy zauważyłem na niej grającego w piłkę kolegę ze szkoły do której chodziłem. Jacek początkowo się speszył gdy mnie zobaczył i czym prędzej ubrał kąpielówki. Jednak, ja widząc wcześniej jego nagiego zdjąłem z siebie ubranie. Wtedy i on zdecydował się kontynuować nagie opalanie.

Jacek, którego wcześniej znałem tylko z widzenia ze szkolnego korytarza okazał się duszą towarzystwa. Potrafił z każdym znaleźć wspólny język. Pamiętam, że znalazł on temat, który zainteresował wszystkich. Spontanicznie utworzyło się kółeczko dyskutantów, a ja przestałem wreszcie myśleć, że jestem nagi wśród innych golasów. Stało się to dla mnie po raz pierwszy nieistotne. Myślami odpłynąłem do tematu dyskusji pozbywając się przy tym napięcia i erekcji. Po raz pierwszy mój penis się skurczył i zawisł w dół. Poczułem się wtedy hm… niesamowicie. Nagość bez towarzyszącego mi do tej pory napięcia okazała się wspaniałym relaksem. Doświadczyłem dzięki temu maksymalnego odprężenia fizycznego jak i psychicznego. Po tym doświadczeniu stwierdziłem, że uwielbiam ten stan. Od tamtej pory nauczyłem się radzić sobie ze zwodem na plaży. Wystarczyło przestać myśleć o tym, że jestem nagi wśród innych golasów, a swoje myśli skierować choćby na sprawy życia codziennego czy swojego hobby.

Na marginesie – długo wahałem się czy w mojej autobiografii w ogóle wspominać o moich młodzieńczych dylematach z erekcją zarówno na basenie jak i na plaży. Usunięcie tych wątków zalecał mi mój recenzent i przyjaciel w jednej osobie – Mariusz, naturysta z Warszawy. Po długich namysłach postanowiłem jednak je pozostawić. Bez nich moja autobiografia byłaby niepełna, zwłaszcza, że zapewne nie ja jeden miałem podobne problemy. Decydując się pozostawić ten temat moim zamiarem było przekazanie początkującym naturystom, że można sobie problemem erekcji na plaży poradzić. Trzeba tylko znaleźć na to swój własny sposób. Mnie się to udało. Mam nadzieję, że moja metoda okaże się przydatna i inspirująca zarazem dla innych początkujących naturystów, którzy nie wiedzą jak pozbyć się tego problemu i być może z tego powodu rezygnują ze swoich marzeń o  nagim wypoczynku.

No i wreszcie muszę z całą stanowczością podkreślić, że nigdy moje pobudzenie nie było celowe. Problem był dokładnie odwrotny – musiałem długo pracować nad sobą, aby poradzić sobie z niechcianą przeze mnie i zarazem niepożądaną na plaży naturystów erekcją.

*        *        *

Przełomem w moim życiu była wizyta w lipcu 1994 roku na podwarszawskich plażach dla naturystów – w Józefowie oraz na Wale Miedzeszyńskim. Tam zobaczyłem naturyzm taki jaki on być powinien – rodzinny oraz wielopokoleniowy. Rodziny z dziećmi w wieku przedszkolnym oraz szkolnym, młodzież oraz ludzie w średnim i w starszym wieku obydwu płci opalali się obok siebie.  Wszyscy byli uśmiechnięci, cieszyli się słońcem i swobodą w te upalne dni, gdyż lato 1994 roku należało do jednych z najgorętszych jakie dotąd pamiętam. Do tego plaża była gwarna i tak tłoczna, że ciężko było znaleźć wolne miejsce. Kilku- oraz nastoletni chłopcy i dziewczęta razem ze swoimi rodzicami i rodzeństwem bez cienia skrępowania korzystali z uroków upalnego lata. Plaża była zorganizowana – był nawet bar z ławeczkami i parasolami prowadzony przez małżeństwo naturystów.

Świdry 1994

Na plaży naturystycznej w Świdrach w lipcu 1994 roku. Zdjęcie wykonane na czarno-białej kliszy typu ORWO

Odjeżdżając po czterech dniach pobytu zostawiłem tam swoje serce. Obiecałem sobie, że wrócę tam za rok. Tak jak sobie obiecałem, tak zrobiłem. Przyjechałem ponownie, tym razem na pełne trzy tygodnie.

Wał Miedzeszyński 1995

Na Wale Miedzeszyńskim w 1995 roku.

*        *        *

Ci ludzie w tym miejscu wywołali u mnie ponowną fascynację naturyzmem do tego stopnia, że w grudniu tego samego roku opracowałem Przewodnik po Polskich Plażach dla Naturystów Niedługo potem stworzyłem – nieistniejący już niestety, pierwszy polski internetowy serwis dla naturystów o nazwie Naturystyczna Home Page. W następnych latach powstały inne witryny internetowe mojego autorstwa – w tym Klub Naturystów, który był pierwszym polskim serwisem społecznościowym dla naturystów wraz z jego międzynarodową, czterojęzyczną wersją o nazwie ClubFKK oraz Naturystyczna Wikipedia będąca kontynuacją mojego pierwszego projektu jakim był Przewodnik po Polskich Plażach dla Naturystów z 1994 roku. Kontynuacją, gdyż serwis ten był przewodnikiem po plażach, ośrodkach i innych obiektach naturystycznych niemal z całego świata. Serwis ten zawierał informacje o miejscach dla naturystów ze wszystkich kontynentów świata za oczywistym wyjątkiem Antarktydy.

Ale od początku.

*        *        *

Po upalnych wakacjach 1994 roku postanowiłem dowiedzieć się, gdzie w Polsce znajdują się inne plaże naturystyczne. Pamiętałem jak w dzieciństwie w Tygodniku Każdego Konsumenta VETO pojawiał się cykl artykułów dla naturystów, a w nim informacje o miejscach lokalizacji plaż dla naturystów w Polsce.

Jako student pierwszego roku dysponujący dużą ilością wolnego czasu udałem się do uczelnianej biblioteki i zamówiłem do czytelni archiwalne numery Tygodnika Każdego Konsumenta VETO. Przejrzałem je wszystkie od pierwszego do ostatniego wydania, robiąc dokładny spis numerów i stron na których zostały opublikowane adresy plaż dla naturystów.

Mając gotową ich listę, złożyłem zamówienie na wykonanie kserokopii wskazanych przeze mnie artykułów. Niestety – spotkałem się z odmową ze względów technicznych. W mojej uczelnianej bibliotece nie wykonywano kopii tak dużych, a zwłaszcza ciężkich wolumenów. Pozostawiono mi jedynie prawo do przepisania tych informacji ręcznie, argumentując o zgrozo, że tak przecież studenci robili przez całe lata!

Miałem ogromne szczęście, że w tym samym czasie moja uczelnia została podłączona do Internetu. Każdy student mógł więc złożyć wniosek o przydział konta dostępowego wraz ze skrzynką e-mail. Po jej założeniu, wyszukałem adresy innych bibliotek uczelnianych w Polsce. Dostałem odpowiedź z jednej z nich – po latach nie pamiętam której, że są oni gotowi wykonać dla mnie kserokopie interesujących mnie artykułów. Musiałem jedynie pokryć koszty wykonania kserokopii oraz ich wysyłki.

Tak też zrobiłem. Przesyłkę otrzymałem po tygodniu oczekiwania i natychmiast w popularnym wówczas edytorze TAG napisałem Przewodnik po Polskich Plażach dla Naturystów.

Plik tekstowy z moim opracowaniem opublikowałem na news grupie – protoplaście popularnych dzisiaj for, o nazwie rec.nude oraz elektronicznym FAQ dla naturystów dostępnym poprzez FTP w rtfm.mit.edu należącym do amerykańskiego Massachusetts Institute of Technology.

*        *        *

Kilka dni potem dostałem maila od Jacka – naturysty z Warszawy, który zauważył w Internecie moją pracę. Tak zaczęła się nasza wieloletnia przyjaźń. Rok później Jacek zakodował tekst Przewodnika w języku HTML. Tym samym dnia 26 stycznia 1996 roku pojawiła się na uczelnianym serwerze WWW protoplasta późniejszej Naturystycznej Home Page. Ta archaiczna dziś nazwa została zachowana do samego końca jej istnienia – dnia 1 lutego 2013 roku.

Jej losy były różne. Kilkakrotnie na zmianę przeżywała ona swój rozkwit jak i wielomiesięczne czy wręcz kilkuletnie zastoje.

Zniechęcał mnie mizerny brak efektów w stosunku do wkładanej w niego pracy. Miałem nadzieję na integrację polskich naturystów. Tak się niestety nie stało. Co najwyżej przyciągała ona oprócz internetowych erotomanów jedynie pojedynczych naturystów o słomianym zapale do zrobienia wspólnie czegokolwiek. Prawdziwych naturystów była tylko garstka. Tak samo było, gdy po okresie fascynacji serwisem społecznościowym o nazwie Klub Naturystów dotychczasowi jego użytkownicy usuwali swoje konta. Identyczna sytuacja miała miejsce z bliźniaczym serwisem ClubFKK.com, który w zamyśle miał być międzynarodowym serwisem społecznościowym dla naturystów. Miał on cztery wersje językowe – angielski, niemiecki, włoski oraz oczywiście polski. Kolejne języki miały być finansowane z uzyskiwanych opłat członkowskich. Niestety – serwis nie spotkał się z zainteresowaniem.  W efekcie inwestycja przyniosła stratę niemal w całości, która wyniosła około 10 tysięcy złotych tj. równowartość moich półrocznych poborów!

Dnia 1 lutego 2013 roku z powodów finansowych zmuszony byłem do zamknięcia wszystkich swoich internetowych projektów naturystycznych. Dotychczasowe – przestały przynosić zyski, a nowe – przyniosły albo długookresową, ponad 12-miesięczną stopę zwrotu, albo jak było w przypadku serwisu ClubFKK.com – stratę. Przez poprzednie trzy miesiące koszty ich utrzymania przewyższały uzyskiwane wpływy z dostępu do płatnych treści. Doszedłem więc do wniosku, że Naturystyczna Home Page wraz z pozostałymi serwisami swój okres świetności mają już za sobą.

Wielu naturystów kuło w oczy to, że moje serwisy naturystyczne zawierają treści – głównie zdjęcia i filmy, za których obejrzenie trzeba było płacić.

Zaczęło się to niewinnie w 2004 roku, kiedy zawartość Naturystycznej Home Page postanowiłem przenieść na nowoczesny wówczas skrypt CMS napisany w języku PHP z wykorzystaniem bazy danych MySQL. Ogrom dostępnych dodatków pozwolił na instalację najróżniejszych interaktywnych modułów – od kalendarza, poprzez forum a na galerii zdjęć kończąc.

Zafascynowany tymi możliwościami, długo się nie namyślając zainstalowałem skrypt galerii zdjęć. Do galerii wrzuciłem spory zbiór zdjęć naturystów, który – teraz po latach mogę zdradzić, nabyłem w serwisie aukcyjnym Ebay wraz z licencją na ich dalsze rozpowszechnianie.

Niestety – Naturystyczna Home Page padła ofiarą własnego sukcesu. Czterdziestogigabajtowy limit transferu, który miał mi wystarczyć na miesiąc został wyczerpany w ciągu zaledwie czterech dni. Amerykański administrator serwera bez zapowiedzi usunął mój serwis, a wraz z nim cała moja praca trafiła w cyfrowy niebyt.

Musiałem więc zrobić Naturystyczną Home Page zupełnie od nowa, a następnie znaleźć dla niej nowy, bezpieczny serwer. I tutaj znów dopisało mi szczęście. W Internecie znalazłem ogłoszenie programisty, który oferował swoje prace przy  usprawnianiu i naprawie serwisów opartych o skrypty CMS.

Marcin – który nie jest naturystą, przeniósł go na nowy, dedykowany – tj. wykorzystywany tylko przeze mnie, serwer. Miesięczna cena dzierżawy serwera wynosiła 200 zł. Ale za to był on w stanie obsłużyć duży ruch jak i zapewnić ciągłość dostępu do niego praktycznie 24 godziny na dobę przez 365 dni w roku. Niestety należę do tzw. pokolenia 1200 zł netto. Dlatego 200 zł z mojej skromnej pensji plus opłaty za prace programistyczne wykonywane przez Marcina przewyższały moje skromne możliwości finansowe. Wykorzystałem cały limit w ROR, a bank odmówił mi następnego. Wpadłem więc na pomysł wprowadzenia opłat za dostęp do galerii zdjęć naturystycznych. Okazał się on strzałem w dziesiątkę. Pozwoliło mi to stanąć finansowo na nogi – serwis się nie tylko samofinansował, ale i pozwolił mi resztę zarobionych pieniędzy przeznaczyć najpierw na spłatę długów, a po dwóch latach – na wyjazd do profilowanego ośrodka dla naturystów Koversada w Chorwacji. Dzięki tak zarobionym pieniądzom jeździłem tam co roku w latach 2006-2012.

Jednak każdy kto sądzi, że żyłem dzięki temu w luksusie jest w błędzie. Z każdej wpłaconej przez internautę 1,23 zł z VAT do mojej kieszeni po opłaceniu wszystkich podatków trafiało mniej niż 30 groszy z których musiałem co miesiąc opłacać serwer, którego koszty dzierżawy przekraczały w ostatnim okresie 500 zł miesięcznie, plus inne wydatki takie jak koszty pozycjonowania, wynagrodzenie dla programisty jak i koszty domen internetowych. W ostatecznym rozrachunku z każdej zarobionej złotówki do mojej kieszeni trafiało jedynie około od kilku do kilkunastu groszy, a w ostatnich trzech miesiącach serwisy wygenerowały stratę. Dlatego zawiść ze strony niektórych naturystów dotykała mnie osobiście.

*        *        *

Dzięki zarobionym pieniądzom udało mi się nie tylko pospłacać długi i stanąć finansowo na nogi, ale także mogłem sobie pozwolić na wyjazd do ośrodka dla naturystów w Chorwacji. Po długich namysłach mój wybór padł na chorwacki ośrodek Koversada w miejscowości Vrsar na półwyspie Istria. Godzinami siedziałem przed komputerem szukając możliwości dojazdu do tej miejscowości. Wtedy nie miałem jeszcze ani samochodu ani prawa jazdy, więc musiałem się tam dostać za pomocą któregoś z przewoźników albo drogą lądową, albo lotniczą. W 2006 roku droga lotnicza odpadała. Za to okazało się, że jeden z przewoźników z Wodzisławia Śląskiego oferuje dojazd Warszawy do Katowic, a stamtąd do Dubrovnika przez Zagrzeb. Musiałem wysiąść na Dworcu Autobusowym w Zagrzebiu by przesiąść się na autobus do Vrsar’u. Po niemal 35-godzinnej podróży o czwartej nad ranem zameldowałem się przed bramą zamkniętego o tej porze ośrodka dla naturystów Koversada. Na jego otwarcie czekałem aż do godziny siódmej rano. Dopiero wtedy zostałem przyjęty w recepcji i zameldowany w pokoju hotelowym.

Ośrodek jest ogromny. Znaczną jego powierzchnię – wraz z wyspą o tej samej nazwie, zajmuje pole biwakowe. Część hotelowa o średnim i wysokim standardzie jest ulokowana na obrzeżach ośrodka. Ja zostałem zameldowany w pokoju z tarasem, łazienką i lodówką. Pokoje były codziennie sprzątane przez obsługę. W 85 hektarowym ośrodku w szczycie sezonu wypoczywa tam według oficjalnych danych 5 tysięcy golasów.

Wyspa Koversada

Wyspa w Kovesrada, która jest częścią ośrodka dla naturystów o tej samej nazwie.

Niestety – doskwierała mi tam samotność. Z zazdrością patrzyłem na Niemców, Włochów, Holendrów, Węgrów i Słoweńców, którzy tworząc w Koversadzie najliczniejsze grupy zjeżdżali do ośrodka całymi, często wielopokoleniowymi rodzinami. Sam w 2008 roku zaprzyjaźniłem się z małżeństwem starszych holendrów, którzy przyjechali tam ze swoimi dorosłymi dziećmi i kilkuletnimi wnukami.

Największe na mnie wrażenie zrobiła na mnie wtedy matka 13- to, może 14- letniego Włocha. Przyjechała ona do ośrodka dla naturystów wraz z synem. Chłopak biegał nago niemal cały dwutygodniowy pobyt, natomiast jego Mama zawsze miała na sobie dwuczęściowy strój kąpielowy. Byłem i po latach nadal jestem pod wrażeniem tolerancji tej kobiety dla naturyzmu swojego syna, która sama nie będąc naturystką wykazała się dużą wyrozumiałością dla jego upodobań.

*        *        *

Gdy po dwutygodniowym pobycie w Koversadzie czekając na autobus do Zagrzebia siedziałem na dworcu autobusowym we Vrsarze podziwiałem kolory jakie pozostawiło na niebie Słońce, które kilkanaście minut wcześniej schowało się za horyzontem. Szczęśliwy z zakończonego właśnie pobytu zastanawiałem się czy i kiedy tu wrócę? Założyłem sobie wtedy, że będę odkładał pieniądze, aby pojawić się w tym miejscu co drugi rok.

Szczęście uśmiechnęło się do mnie po raz kolejny i uśmiechało przez kolejne parę lat, aż do 2012 roku. Ale po kolei.

Jeszcze na początku lipca 2007 roku nie zakładałem, że ponownie spędzę urlop w Koversadzie. Jednak, mniej więcej dwa tygodnie przed planowanym urlopem otrzymałem duże zlecenie, którego łączna wartość przekraczała 3 tysiące złotych. Łącznie ze wszystkimi dochodami tego miesiąca zarobiłem około 6 tysięcy złotych!

Zacząłem więc myśleć o ponownym odwiedzeniu Koversady. Szybko zorientowałem się, że mam dogodne połączenie letnicze z Warszawy do Wenecji, a z Wenecji do miasta Poreć leżącego jakieś 10 km od Vrsaru. Po uzgodnieniu z pracodawcą terminu urlopu, zarezerwowałem bilety lotnicze i promowe.

Gdy przyszedł dzień wyjazdu od samego początku zaczął prześladować mnie pech, który wyglądał jak jedna ciągła komedia pomyłek.

Najpierw taksówkarz nie mógł odnaleźć mojej ulicy, co groziło mi spóźnieniem się na autobus. Na dworcu autobusowym okazało się, że po przewoźniku Polski Express pozostał tylko szyld oraz całkowicie nieaktualny już rozkład jazdy. Zdenerwowany doszukując się przyczyn jego braku, dowiedziałem się w Informacji PKS, że ten przewoźnik zlikwidował połączenia na trasie Lublin-Warszawa. Co więcej – autobus PKS do Warszawy właśnie odjechał. Udało mi się za to złapać busa, który jechał tą trasą do stolicy. Bus ten jednak się zepsuł gdzieś za Puławami. Całe szczęście jego kierowca telefonicznie kontaktował się z innymi kierowcami busów kursującymi na tej trasie, by ci dowieźli nas do Warszawy. Miałem szczęście, że wsiadłem do busa jadącego prosto na lotnisko Okęcie. Gdy tam dotarłem, zdeponowałem bagaż i kolejne półtorej godziny czekałem na rozpoczęcie odprawy celnej. Pomyślałem sobie, że jeśli samolot się nie rozbije to nie powinno mnie już nic złego spotkać.

Myliłem się! Był to mój pierwszy w życiu przelot samolotem. Nie wiedziałem co wolno a czego nie. Większość gotówki bezmyślnie ukryłem więc w bagażu, który oddałem do luku bagażowego, będąc przekonanym, że tam będzie ona najbezpieczniejsza. Kontrola wykryła, że w bagażu znajduje się gotówka i odstawiła bagaż „do wyjaśnienia”.

Wsiadłem do samolotu z bagażem podręcznym w którym całe szczęście miałem ze sobą bilet na prom, 10 euro, pewną ilość chorwackich kun oraz… rozmówki polsko-angielskie.

Gdy wysiadłem z samolotu w Wenecji zorientowałem się, że nie ma mojego bagażu. Dokładnie tego w którym miałem pieniądze na pobyt. Odszukałem w rozmówkach angielsko-polskich, które miałem przy sobie jak i gdzie zgłosić zaginięcie bagażu i udałem się do biura by to zrobić. Miałem na to cztery i pół godziny. Udałem się jednak niezwłocznie. Przed biurem była ogromna kolejka w której spędziłem 3 i pół godziny! Do odpływu promu zostało około 45 minut!

Prom odchodził z innej części miasta. Poszedłem na taksówkę. Okazało się, że nie mam wystarczającej ilości pieniędzy – 25 euro na dojazd. Miałem przy sobie tylko 10 Euro. Za radą młodej włoszki wsiadłem w autobus i podjechałem we wskazane przez nią miejsce. Pobiegłem do taksówki. Okazało się, że 10 euro wystarczy aby dostać się do portu promowego.

Dojechałem w ostatniej chwili. Taksówkarz zatrzymał się koło celnika, wytłumaczył mu, że jestem spóźnionym pasażerem, któremu zaginął bagaż. Ten przez radiotelefon skontaktował się z kapitanem promu i uzgodnił, że ten na mnie zaczeka. Na odprawie celnej byłem jedynym i ostatnim już pasażerem. Na prom wpadłem w ostatniej chwili, dokładnie o godzinie jego planowanego odpływu. Poczułem ulgę.

W chorwackim Poreć’iu  znalazłem się po półtoragodzinnej podróży promem. Udałem się na dworzec autobusowy z zamiarem ustalenia godzin odjazdu autobusu do Vrsaru, Chciałem się tam znaleźć jak najszybciej. Miałem już całej tej podróży serdecznie dość. Następny i ostatni tego dnia autobus miał odjechać po przeszło godzinie. Nie wiem czy ze zmęczenia, czy z nadmiaru wrażeń błędnie odczytałem godzinę jego odjazdu. Autobus był planowany o 20:20, podczas gdy ja – do dziś głowię się jak, odczytałem, że ma odjechać dwadzieścia minut później.

Ponieważ miałem około 1,5 godziny do jego odjazdu, to postanowiłem zwiedzić sobie to urokliwe miasteczko. Zwiedzić ponownie, gdyż kilkukrotnie byłem w nim rok wcześniej. Jego zwiedzanie polegało na szybkim rekonesansie co się w nim zmieniło w ciągu roku. Ponieważ nie zmieniło się nic, postanowiłem wrócić na autobus, który według mnie miał odjechać za pół godziny, Gdy doszedłem na dworzec na stanowisku stał już autobus z napisem Vrsar. Zdziwiony zerknąłem na rozkład jazdy i… zrozumiałem swój błąd! Autobus odjeżdżał 20 minut wcześniej niż ja wyczytałem to z rozkładu! Znowu miałem szczęście!

Po opuszczeniu autobusu we Vrsarze udałem się do recepcji Koversady, która miała zostać zamknięta za kilkanaście minut aż do siódmej rano dnia następnego!  Znowu mam szczęście – pomyślałem, ale zaraz okazało się, że prześladujący mnie od wyjścia z domu pech jednak mnie nie opuścił. Pracownik recepcji zapytał mnie, a gdzie jest mój karawan? Zdębiałem, gdyż byłem pewien, że ja wynajmuję karawan na miejscu w którym miałem zamieszkać przez następne 17 dni, a nie plac dla niego. Pomyłka ta wynikała z kilku faktów. Pierwsza, to słaba znajomość języka angielskiego. Błędnie sobie przetłumaczyłem informacje z internetowej strony Koversady. Co więcej – w Koversadzie rzeczywiście można wynająć karawan, ale po pierwsze zajmuje się tym niemiecka firma zewnętrzna i Chorwaci się do tego nie wtrącają, a po drugie – dla mnie jednego ta opcja i tak była nieopłacalna. Lepiej było już wynająć pokój w hotelu.

Gdy pracownik recepcji zobaczył moją załamaną minę postanowił mi pomóc. Zostałem zakwaterowany w hotelu o średnim standardzie. Dokładnie w tym samym w którym mieszkałem rok wcześniej, tylko w innym pokoju. Wiele nerwów kosztowało mnie wyjaśnienie losów mojego zaginionego bagażu, który dotarł do mnie dopiero po paru dniach. Byłem nie tylko bez pieniędzy, ale i bez ładowarki do telefonu, która została w zaginionym na lotnisku bagażu. Jakby tego było mało, to operator nie wiedzieć czemu dezaktywował mi usługę roamingu. Wszystko co robiłem w tym czasie w ośrodku robiłem na kredyt – mieszkałem w hotelu, spożywałem posiłki w restauracji, a nawet dzwoniłem z recepcji do rodziców w Polsce. Cały pobyt, który miał kosztować około 3 tysięcy wyniósł mnie dwa razy tyle. Całe szczęście miałem pełne pokrycie kosztów w kartach i gotówce.

*        *        *

Poza tym nieprzyjemnym incydentem pobyt ten oceniam wspaniale.

Tego lata ośrodek zaoferował wszystkim chętnym udział w imprezie o nazwie FKK Fish Picnic. Polegał on na tym, że określonego dnia, o określonej godzinie i w określonym miejscu  podstawiany był statek wycieczkowy, którego uczestnicy wypływali na sześć godzin w morze. W programie wycieczki było przepłynięcie w okolicach co ciekawszych miejsc, jak np. koło zabytkowego, przepięknego miasteczka Rovinj, następnie cumowanie koło jakiejś urokliwej wysepki, obiad oraz kąpiel w morzu połączona ze skokami z pokładowej trampoliny.

Było wspaniale! Wykupiłem dwie identyczne wycieczki w dwóch kolejnych tygodniach. A na nich porobiłem sobie mnóstwo zdjęć i kilka, niestety – marnej jakości filmów, które przechowuję je pieczołowicie do dziś.

Statek, na którym organizowana była impreza FKK Fish Picnic w 2007 roku

Widok ze statku na Koversadę

Widok ze statku na ośrodek Koversada, który nie zmieścił się w całości w obiektywie.

Jako ciekawostkę napiszę, że przepływając koło molo w Rovinj usłyszałem dziecięce śmiechy i krzyki w języku polskim – Mamo! Zobacz! Statek pełen golasów! Śmiałem się z tego niesamowicie. Byłem jedynym polakiem na statku, który rozumiał tą zabawną sytuację.

Statek cumował w drugim, nieznanym mi dotąd brzegu Koversady. Nieopodal tego miejsca znajduje się trampolina, chętnie wykorzystywana przez młodych plażowiczów. Spodobała mi się perspektywa poskakania sobie z niej do wody, więc postanowiłem zmienić miejsce swojego plażowania. Po około trzykilometrowym marszu od mojego pokoju hotelowego rozkładałem tam swój ręcznik, materac i koc. Przyzwyczaiłem się do samotności, więc nie zwracałem uwagi na współplażowiczów. Kąpałem się i opalałem tak jak oni nie licząc na zawarcie jakichkolwiek znajomości. Podziwiałem akrobatyczne wyczyny skaczących, zwłaszcza, że ja sam miałem pietra i skakałem z trampoliny jedynie na nogi lub na tzw. bombę.

Gdy odpoczywałem po kąpieli podszedł do mnie młody, jak się później dowiedziałem 19- letni Niemiec imieniem Georg. Zapytał się mnie coś po niemiecku. Odpowiedziałem jemu łamaną angielszczyzną, że przepraszam, ale jego nie rozumiem, mówię tylko po polsku i trochę po angielsku. Języka niemieckiego nie znam wcale. Ciemnowłosy nastolatek po angielsku zapytał się mnie więc czy są ze mną moi przyjaciele lub rodzina. Odpowiedziałem jemu, że niestety – jestem to całkiem sam. Moi przyjaciele i rodzina nie są naturystami, a w Polsce naturyzm jest bardzo mało popularny. Dlatego przyjeżdżam tu sam. Do tej rozmowy dołączyli jego koleżanki i koledzy. Przedstawiliśmy się sobie wzajemnie i zostałem zaproszony do ich paczki. Wreszcie miałem przyjaciół i już nie byłem sam!

Ostatni tydzień pobytu minął mi w miłej i serdecznej atmosferze, wśród przyjaznych mi młodych ludzi. Zawiązała się między nami serdeczna przyjaźń. Byłem szczerze zdumiony otwartością młodych Niemców, którzy widząc moją samotność wyciągnęli do mnie pomocną dłoń, zapraszając mnie do swojej paczki. Ja już wtedy miałem 32 lata. więc byłem od nich sporo starszy. Jednak w niczym im to nie przeszkadzało. Widzieli oni moją samotność i postanowili mi pomóc się jej pozbyć. Nigdy nie nadużyłem zaufania, którym oni mnie obdarzyli.

Ostatniego dnia pobytu na odchodne wymieniliśmy się adresami e-mail. Gdy pojawił się Facebook, zostaliśmy znajomymi na tym portalu społecznościowym. Z wieloma z nich jesteśmy znajomymi w tym portalu społecznościowym do dzisiaj.

Niestety – nasza paczka zaczęła się już od kolejnego roku wykruszać. Najpierw zabrakło chłopaka imieniem Ellen. Nie wiedzieć czemu jego rodzice nazwali syna żeńskim imieniem. Ellen i jego rodzice wraz siostrą przenieśli się do luksusowego ośrodka dla naturystów o nazwie Valalta. Ciekawostka jest to, że przez morze Valalta od Koversady jest oddalona zaledwie około 1,5 kilometra. Ponieważ Valalta jak i Koversada położone są nad Kanałem Limskim, to by dostać się z jednego ośrodka na drugi drogą lądową trzeba objechać cały kanał. W jedną stronę droga ta wynosi aż 37 km.

Widok na Valaltę ze statku od strony morza.

Widok na Valaltę ze statku od strony morza. Na zdjęciu Marina w Valalcie.

W następnych latach – wykruszali się kolejni członkowie naszej paczki. W 2012 roku odszedłem z niej także ja. Tego roku postanowiłem spędzić urlop we wspomnianej, luksusowej Valalcie, gdzie spotkałem Ellena, jego rodziców, siostrę oraz jego nowych przyjaciół. Valalta różni się od Koversady pod każdym względem. Zameldowanie jest droższe, ale za to ceny w tym ośrodku są odczuwalnie niższe. W dodatku jest wiele atrakcji, które w Koversadzie są dostępne tylko za opłatą, albo co gorsza – nie ma ich wcale. Przykładowo – Valalta dysponuje ogólnodostępną, bezpłatną zjeżdżalnią. W Koversadzie się nigdzie nie znajdzie, Valalta dysponuje ogólnodostępnymi, bezpłatnymi gumowymi pływakami w postaci m.in. ściany wspinaczkowej, za korzystanie z których w Koversadzie trzeba płacić. Tak samo zresztą jest z leżakami, które w Valalcie są darmowe, natomiast w Koversadzie za korzystanie z identycznych trzeba już zapłacić. Ponadto Valalta dysponuje bezpłatnym kompleksem basenowym oraz trasą spacerową wzdłuż górzystej linii brzegowej Kanału Limskiego, która dodatkowo ma dwa atrakcyjne tarasy widokowe na  wspomniany Kanał Limski, Adriatyk oraz Koversadę. Tych w Koversadzie również nie ma wcale.

Kanał Limski

Widok na Kanał Limski z tarasu widokowego w ośrodku dla naturystów Valalta.

Obecnie z całej niemieckiej paczki jedynie rodzona siostra George’a utrzymuje ze mną jako taki kontakt. Zawsze dostaję od niej życzenia czy to z okazji świąt czy też urodzin. Planowaliśmy nawet nawzajem siebie odwiedzić – ja ją, jej brata i rodziców w ich domu koło Norymbergi, a oni mnie z całą rodziną na podlubelskiej wsi, gdzie moi rodzice mają swój dom letniskowy. Jak na razie na planach i marzeniach się skończyło. Może jeszcze wszystko przed nami? Wciąż mam jeszcze taką nadzieję.

*        *        *

Wiosną 2008 roku skontaktował się ze mną pracownik łódzkiego Aquaparku FALA z prośbą o pomoc w rozreklamowaniu organizowanej 6 czerwca imprezy o nazwie Noc Naturystów. Jako właściciel kilku serwisów naturystycznych miałem ku temu realne możliwości – od banneru reklamowego i artykułu informacyjnego zaczynając, a na mailingu do kilkunastu tysięcy osób potencjalnie zainteresowanych udziałem w imprezie – kończąc. Była to bodajże pierwsza tak duża impreza dla naturystów w Polsce, na którą przyjechało przeszło 300 golasów w niemal całego kraju. Prawo wstępu miały na nią jedynie pary heteroseksualne oraz rodziny z dziećmi. Osoby samotne – takie jak ja, mogły warunkowo uczestniczyć w imprezie  przedstawiając poręczenie innej pary lub rodzinny naturystów. Ja w niej uczestniczyłem jako jej współorganizator, więc ze wstępem nie miałem problemów.

Dzięki temu po raz pierwszy osoby znające się dotąd jedynie z for internetowych dla naturystów miały okazję poznać się osobiście.

O imprezie było głośno w całej Łodzi. Jedna z lokalnych rozgłośni radiowych emitowała program poświęcony temu wydarzeniu, a przed samą imprezą pojawili się wraz z kamerą dziennikarze lokalnego oddziału TVP. Kolejne imprezy tego typu już nie wywoływały tego typu emocji. Ich uczestników było wyraźnie coraz mniej. W sumie jak dotąd odbyło się ich trzynaście. Ostatnia – w styczniu 2013 roku. Gdy piszę te słowa jest maj 2014.

W maju 2008 roku, tj. tuz przed pierwszą łódzką Nocą Naturystów odezwał się do mnie Mariusz z Kielc w celu umówienia spotkania przed imprezą. Ponieważ mieszkał on kiedyś w tym mieście, więc znał je jak własną kieszeń. Dzięki niemu większość uczestników imprezy zakwaterowała się w ośrodku „Stawy Jana”, w których po imprezie „na Fali” odbyło się wieczorne afterparty przy grillu i ognisku. Następnego dnia całą kolumną kilku, może kilkunastu samochodów opuściliśmy ten ośrodek i udaliśmy się na plażę naturystyczną w Bronisławowie.

W tej konfiguracji spotykaliśmy się wielokrotnie nie tylko na imprezach w Łodzi, ale także kilkakrotnie wyjeżdżaliśmy całą paczką na imprezy dla naturystów do Czech – do Liberca, miasteczek Frydek-Mistek oraz Valašské Meziříčí.

Jako ciekawostkę napiszę, że Czesi nie mają takich kompleksów z okazywaniem nagości jak Polacy. Tam widok golasa nie wzbudza tak jak jak u nas jakiejkolwiek sensacji, dlatego można się spotkać z taką sytuacją, że przez pierwszą godzinę imprezy tekstylni i naturyści wypoczywają wspólnie. Co więcej – Czescy naturyści chętnie pozują do wspólnych zdjęć, które potem sa publikowane czy to w internecie czy w publikacjach dla naturystów. W ten sposób, nawet o tym nie wiedząc znalazłem się na stronie głównej kalendarza dla naturystów na 2010 rok. Dowiedziałem się o tym przypadkiem rok później gdy kalendarz ten wpadł w moje ręce.

Zdjęcie, które znalazło się na okładce czeskiego kalendarza dla naturystów za 2010 rok. Źródło: www.naturista.cz

Zdjęcie, które znalazło się na okładce czeskiego kalendarza dla naturystów za 2010 rok. Źródło: http://www.naturista.cz .

 

Okładka kalendarza dla naturystów za 2010 rok. Źródło: www.naturista.cz

Okładka kalendarza dla naturystów za 2010 rok. Źródło: http://www.naturista.cz .

 

Niestety – koszty i czas dojazdu sprawiły, że nie mogliśmy sobie pozwolić na częstsze wizyty u naszych południowych sąsiadów. Także łódzki Aquapark FALA zaprzestał organizacji słynnych Nocy Naturystów z powodu systematycznie malejącej frekwencji. Dziś jedynie mam sporadyczny kontakt z całą naszą paczką.

Receptą na nasze bolączki zapewne byłaby organizacja imprez dla golasów bliżej naszego miejsca zamieszkania, Niestety – w Polsce strasznie ciężko jest znaleźć przedsiębiorcę, który zgodziłby się na organizację u siebie tego typu imprezy jakakolwiek ona by nie była tzn. czy to dla naturystów czy to dla nudystów.

Z imprezami dla naturystów w Polsce problemem jest słabsza niż w Czechach infrastruktura nadająca się do wykorzystania przez golasów. W Czechach Aquaparki są także w małych miejscowościach. W Polsce – znajdują się one tylko w niektórych największych miastach. Z tego powodu łatwiej już u nas o imprezę dla nudystów. Miejsca w których można zorganizować dyskotekę czy halowe zawody sportowe dla golasów można znaleźć niemal w każdej gminie. Wystarczy tylko dobra wola właścicieli lokalu by ci zechcieli go udostępnić na taką imprezę jak i ze strony samych nudystów by ci na nią przybyli i… zostawili w lokalu trochę pieniędzy. W końcu nawet nudysta pieniądze wyciąga z portfela, a portfel – z odzieży bądź torby zdeponowanej w szatni.

Skoro w Czechach można, to w Polsce czemu nie?

Dla tych czytelników, którzy w środku się gotują czytając powyższe słowa. Naga dyskoteka czy też halowe zawody sportowe dla golasów to jest właśnie nudyzm. Naturyzm jest na świeżym powietrzu, ewentualnie na basenie czy w parku wodnym. Tym właśnie różnią się od siebie nudyzm i naturyzm.  Te dwa ruchy łączy jedno – są one bezwarunkowo aseksualne.

*        *        *

W marcu 2014 roku skończyłem 40 lat. Czas najwyższy podsumować i zbilansować ten okres mojego życia przez pryzmat swojego plażowego naturyzmu oraz domowego nudyzmu.

Niestety – cele nieosiągnięte są zdecydowanie przeważają nad osiągniętymi. Największym i najbardziej dla mnie przykrym niespełnionym marzeniem jest to, że nie założyłem rodziny. Owszem – dziewczyny miałem, ale krótko. Żadna z nich nie chciała zostać ani naturystką ani nudystką ani zapewne z tego powodu moją żoną. Zawsze marzyłem, że kiedy będę miał rodzinę, moja żona i dzieci będą podzielały mój nagi styl życia. Marzę o tym do dziś.

Marzyłem też o własnej działce rekreacyjnej na której bez skrępowania przebywać nago i na której mógłbym gościć swoich przyjaciół naturystów. Takiej działki nie udało mi się znaleźć, a jeśli takową znalazłem, to była ona już czyjąś własnością nie na sprzedaż.

Marzyłem także i o tym, że będę właścicielem ośrodka dla naturystów, Powody jak wyżej – tylko brak jego lokalizacji to dopiero początek zapewne długiej listy problemów.

Długo musiałem się też kryć ze swoimi upodobaniami naturystycznymi przed moimi rodzicami, nie wspominając w ogóle o tym, że oni nie akceptowali i nadal nie akceptują nadal jakiejkolwiek golizny, a tym bardziej sami nigdy naturystami nie zostali. Teraz przynajmniej dotarło do nich, że naturyzm pasjonuje mnie od dziecka i ten styl życia pochłania do dzisiaj, dlatego już spokojnie informuje ich kiedy jadę na plaże czy imprezy dla naturystów.

Ostatnim minusem jest to, że nie udało mi się zorganizować w Polsce ruchu naturystycznego, tak jak robi to Ivo Żurek w Czechach. Ivo jest organizatorem imprez dla naturystów w Czechach i czasami na Słowacji. Organizuje on imprezy dla naturystów średnio czterdzieści kilka razy w ciągu roku – niemal co tydzień. Ba! Nie udało mi się go zorganizować w jakiejkolwiek formie, nie licząc swojej skromnej pomocy w organizacji łódzkich Nocy Naturystów w Aquaparku FALA.

Po stronie plusów wymienić mogę fakt, że w wieku 16 lat zacząłem regularnie odwiedzać najpierw plaże a potem ośrodki naturystyczne, a od 13 roku życia opalam się nago przynajmniej raz w roku po dziś dzień. Do plusów zdecydowanie mogę zaliczyć udane urlopy we wspomnianych chorwackich ośrodkach dla naturystów oraz swój udział w imprezach dla naturystów w łódzkim Aquaparku FALA oraz na identycznych imprezach w Czechach. Ostatnim już niestety plusem jest fakt, że przez osiem lat naturyzm był moją nie tylko pasją, ale także źródłem utrzymania. Dziś niestety to już przeszłość.

*        *        *

Plany na przyszłość? Nie umiem ich opisać językiem literackim, dlatego je tylko wymienię. Przede wszystkim najbardziej pragnę założyć rodzinę praktykującą nagi styl życia,  po raz kolejny pojechać do Koversady, Valalty lub podobnego ośrodka dla naturystów. O chęci zmiany pracy na ciekawszą i lepiej płatną nie wspomnę.

No to jak? Czy znajdzie się jakaś naturystka i nudystka w jednej osobie dla starszego, 40-letniego Pana? Jak mówią… nadzieja umiera ostatnia.

To byłoby chyba na tyle… .

 

Lublin, 11 listopada 2013 – 13 maja 2014 r.

Aktualizacja: 18 maja 2014 r.